Strona główna » Wiadomości » Aktualności » Jeśli nie można likwidować szkół, potrzebne są środki na ich utrzymanie

Jeśli nie można likwidować szkół, potrzebne są środki na ich utrzymanie

07.05.18

Są dwa wyjścia – polikwidować małe szkoły, co jest trudne społecznie, albo spowodować, żeby było więcej pieniędzy w systemie. Jeśli państwo subwencjonowałoby zadania oświatowe inaczej i przekazywało więcej środków, nie będzie potrzeby likwidacji. Tylko niech to będzie uczciwe – mówi Wojciech Długoborski, prezes Unii Miasteczek Polskich.

articleImage: Jeśli nie można likwidować szkół, potrzebne są środki na ich utrzymanie Żródło: Unia Miasteczek Polskich

Katarzyna Kubicka-Żach: Dlaczego w najgorszej sytuacji jeśli chodzi o finansowanie oświaty są małe i średnie miasta, w których mieszka ponad 5 tys. mieszkańców?

Wojciech Długoborski, współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego, prezes Unii Miasteczek Polskich, wiceburmistrz gminy Chojna: Doprecyzuję, że są to miasta i gminy miejsko-wiejskie od 5 do 15 tys. mieszkańców. A dlaczego tak jest? Gminy wiejskie mają dodatek wiejski i on łagodzi koszty ponoszone przez samorząd na edukację. Tymczasem w gminach miejsko-wiejskich obok szkół miejskich są również małe szkółki wiejskie, które dużo kosztują, a specjalnego dodatku takie samorządy nie otrzymują.

Specjalnego, czyli niezależnego od dodatku wiejskiego na ucznia, który pozwoliłby na utrzymanie w tych szkołach oddziałów o małej liczbie uczniów.  Wynika to również z historycznych zaniedbań, bo od lat nie doprowadzono do zracjonalizowania sieci szkół. Zawsze były opory nauczycieli, rodziców. Były jednak takie gminy, które małe nieefektywne szkółki polikwidowały, przenosząc uczniów do miasteczek i miast, wykorzystując zorganizowany już  system dowozowy.

Jakie były powody tego oporu?

- Opór nauczycieli był z powodów oczywistych, oznaczało to dla nich zwolnienia. Opór rodziców jest trudno wytłumaczalny racjonalnie, ale ich zdaniem najlepiej mieć szkołę koło domu. Stąd protesty przeciwko likwidacji małych szkół. To wynika z błędnego rozumienia i nadopiekuńczości rodziców. Przecież myśląc w ten sposób, szkoła powinna być w każdej wsi.

Niedobry burmistrz, który likwiduje szkołę, zawsze jest po tzw. drugiej stronie. Jednak koledzy, którzy przeprowadzili operację, bolesną na starcie, ale w efekcie korzystną, doprowadzili do zracjonalizowania sieci szkół. Kilka lat temu było to możliwe nawet przy negatywnej opinii kuratora, obecnie jest to niewykonalne. Polityka rządu idzie w kierunku, żeby szkół nie likwidować, ale nie idą za tym pieniądze.

Czy rozwiązania polegające na tym, że stowarzyszenia i podmioty prywatne mogą prowadzić szkoły, są z punktu widzenia samorządów korzystne?

- To marginalne rozwiązania. Społeczna szkoła dostaje środki z subwencji, ale dzieci jest dalej mało, a nauczyciele pracują na podstawie umowy o pracę bądź cywilnoprawnej a nie przepisów Karty Nauczyciela. Nie znalazło to szerokiego uznania, to wyjątki, a nie rozwiązanie, które mogłoby złagodzić sytuację w oświacie i rozwiązać problemy sieci szkół.

Wszystko musi być realizowane w granicach rozsądku. Sieć szkół może być zorganizowana w jakiś sposób, ale najważniejsze są efekty w nauczaniu. Badania powinny pokazać, że jeśli małe szkoły nie spełniają warunków, bo  np. nie ma konkurencji, kadry są słabsze i efekty też więc to jest główny problem. Baza i zaplecze szkół są często też słabsze, chociaż wiele samorządów ma całkiem niezłą  bazę także na wsiach, bo pobudowano sale gimnastyczne, boiska. Jednak przy małej liczbie uczniów utrzymywanie małych szkół wiejskich wydaje się być nieracjonalne.

Jak wygląda kwestia podziału kosztów – ile płaci samorząd?


- Dla nas istotne jest, jakie są koszty. W Chojnie w mieście szkoła kosztuje 7-8 tys. zł na ucznia rocznie, a na wsi wynosi to dwa razy tyle – 15, 16, nawet 18 tys. zł. Największym składnikiem kosztowym są pensje nauczycieli i ich pochodne, utrzymanie szkół to ok. 20 proc. kosztów, reszta to koszty osobowe. To dla nas miernik,  bo w rezultacie musimy dokładać do tych szkół duże pieniądze. To widać przez pryzmat relacji subwencji do kosztów ogólnych oświaty. 

Żeby być sprawiedliwym, trzeba rozdzielić te zadania oświatowe, które są subwencjonowane i w związku z tym koszty związane z realizacją tych zadań własnych powinny być pokrywane z subwencji, od kosztów związanych z realizacją zadań własnych oświatowych, jak dowozy i przedszkola. Ale to wszystko są koszty oświatowe. W naszej gminie drugie tylko dokładamy do oświaty w stosunku do subwencji i to jest bardzo poważny problem.

Na czym ten problem polega?

- Powoduje on taką sytuację, że kiedy finansujemy oświatę jako zadanie bieżące, to możemy je finansować tylko z dochodów bieżących, czyli z podatków i innych opłat, jakie wpływają do gminnego budżetu. To zadanie jest jednak tak kosztowne, że w rezultacie nie mamy tzw. nadwyżki operacyjnej czyli większych dochodów bieżących w stosunku do wydatków bieżących. Co z kolei powoduje, że nie jesteśmy w stanie spłacać zadłużenia. Już nie mówiąc o rozwoju. Oczywiście na rozwój są przede wszystkim dochody majątkowe, czyli te pochodzące ze sprzedaży, z opłat za użytkowanie wieczyste itp. Ale to osobna pula, która może być przeznczona jedynie na inwestycje.
 

Szukasz więcej informacji dotyczących samorządu?
Poznaj LEX Administracja >>
Zdobądź wiedzę, dzięki której Twoja praca stanie się łatwiejsza

Pojawia się jednak problem spłaty zadłużenia, bo część zadań trzeba realizować z kredytu, z pożyczek, obligacji, źródeł dostępnych na rynku finansowym. Sięgając po te źródła, gminy mają określone zobowiązania wcześniejsze, które muszą spłacać. Jest to ujęte w wieloletniej prognozie finansowej. Jeżeli nie ma nadwyżki operacyjnej, to trudno mówić o spłacie i pojawia się problem funkcjonowania gminy w ogóle. W ten sposób wpada się w pułapkę, która zmusza gminy do podejmowania działań naprawczych, czyli przygotowania programu postępowania naprawczego.

Nasza gmina taki program przeszła, dużym kosztem, bo musieliśmy z wielu wydatków zrezygnować, zlikwidować m.in. straż miejską, fundusz sołecki. Ale w tej chwili mamy sytuację korzystniejszą, obecnie oszczędniej funkcjonujemy, ale dalej mamy zbyt duże koszty oświatowe i z tym sobie nie możemy poradzić, to problem systemowy.  Jeśli go nie rozwiążemy, będziemy mieli słabszy rozwój, a na spłatę zadłużenia też nam nie wystarczy.

Jak te rozwiązania systemowe wprowadzić, co zrobić, żeby wyjść z sytuacji, która od lat samorządom dokucza?

- Są dwa wyjścia – albo drastycznie doprowadzić sieć szkół do normalnego funkcjonowania – czyli polikwidować małe szkoły. Jest to możliwe, ale trudne społecznie w stosunku do dzieci, nauczycieli i rodziców. Drugie rozwiązanie to spowodować, żeby było więcej pieniędzy w systemie – jeśli państwo by subwencjonowało zadania oświatowe inaczej, więcej środków by przekazywało, wtedy nie będziemy musieli likwidować szkół. Tylko niech to będzie uczciwe – państwo, które nie dopuszcza do likwidacji szkół, niech daje pieniądze, żeby można było je utrzymywać.

Lepszy jest oczywiście ten drugi system?

- Oczywiście, ale kiedy się upominamy o pieniądze, to minister mówi, że one są, że były zawarte w subwencjach. Z drugiej strony proszę zauważyć, że podwyżki dla nauczycieli też są już w subwencjach i też się okazuje, że tych  środków jest  stosunkowo za mało. Z roku na rok pieniędzy jest coraz mniej, ten  problem nabrzmiewa i podejrzewam, że będzie bardziej wyrazisty z biegiem czasu.

Ale skoro ten problem występuje od lat, to dlaczego sytuacja nie ulega poprawie?

- To jest dobre pytanie, ale zawsze odpowiedź jest jedna – tyle jest pieniędzy, ile w budżecie państwa. One mogą być tylko różnie dzielone. Były próby rozwiązań, żeby gminy wiejskie dostały jeszcze większe pieniądze, ale to odbyłoby się kosztem innych gmin. Tych pieniędzy jest po prostu za mało,   innego podziału nie będzie zgodnie z zasadą, że coś będzie kosztem czegoś…

Jak uniknąć rozdziału pomiędzy poszczególnymi rodzajami samorządów?


- Strona samorządowa szuka konsensusu, ale obserwuję często sprzeczność interesów. W zależności od kategorii gmin ona się potęguje, gminy wiejskie mają swój punkt widzenia, swoje dążenia, miejsko-wiejskie jeszcze inne. Sądzę, że gminy miejsko-wiejskie, które reprezentuje moja organizacja, Unia Miasteczek Polskich, są najbardziej pokrzywdzone. U nas skupiają się jedne i drugie problemy, natomiast miasta sobie jakoś radzą, tam ten problem jest mniej wyrazisty.

Wiele miast miało dużo łatwiejszą drogę do uporządkowania sieci szkół, jak w przypadku Szczecina, gdzie zamykanie szkół szło z oporami, ale zostało przeprowadzone. Nic innego nie pozostaje, jak rozmawiać, szukać konsensusu, dogadywać się pomiędzy różnymi rodzajami samorządu. Bo inaczej wychodzimy nie z jednym zdaniem, a to niedobre w reprezentacji samorządu wobec rządu, co rząd skwapliwie wychwytuje.

Spotykamy się jako strona samorządowa przed posiedzeniem Komisji, żeby wspólnie przedyskutować problemy. Staramy się mieć zdanie wspólne, ale zdarza się, że niektóre organizacje swoje zdanie odrębne też prezentują. To nie jest łatwe, bo dochodzą jeszcze inne organizacje na rynku. Historycznie 6 korporacji było w komisji wspólnej, które reprezentowały różne kategorie gmin i rodzaje samorządów.

Czy może być zmieniona ustawa o komisji wspólnej?

- Na razie takich sygnałów nie było, ale wszystko jest możliwe. W tym roku obchodzimy 25-lecie Komisji Wspólnej, a warto podkreślić, że Komisja to na skalę światową model unikatowy. Jednak to rządzący decydują o jej kształcie.

Dziękuję za rozmowę.


Dotacje oświatowe po zmianach Lidia Marciniak

 

Dotacje oświatowe po zmianach


 

Skomentowano 0 razy
Średnia ocena artykułu (oddanych głosów: 0)

 
ZOBACZ TAKŻE

Zapisz się na newsletter

Newsletter wyborczy

NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE